Feliz Natal, czyli moja dwudniowa brazylijska Wigilia

Dzień zaczął się raczej standardowo. Rolę budzika pełni tu upał i szum wiatraka pracującego całą noc pod sufitem. Wylegiwanie się w łóżku do późnych godzin nie jest tu przyjemne. Wręcz przeciwnie. Leżysz i cierpisz. Nie możesz doczekać się momentu, w którym wypijesz jednym duszkiem szklankę zimnej wody. Bo przecież tą, która postawiłaś przy łóżku wieczorem wypiłaś mając problemy z zaśnięciem w takim ukropie. Temperatura utrzymuje się na poziomie 40 stopni. W nocy spada o kilka kresek, ale nigdy poniżej 35… Nie chcę narzekać. Lubię tę pogodę. Przyzwyczaiłam się do tego, że już wychodząc spod prysznica zaczynam się pocić, a makijaż spływa zanim dokończę szczotkować rzęsy…
Nie mieszkam tu na stałe. Nie muszę codziennie rano wbijać się w garniak i jechać do pracy. Dlatego nie mam prawa narzekać.  Słońce nie przeszkadza mi w codziennych aktywnościach. Krem z wysokim filtrem, wygodne buty, woda mineralna i w drogę!

Ten dzień miał być jednak leniwy. Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie, że 24 grudnia może tak wyglądać. Co roku przygotowujemy z Siostrą i Mamą Wigilie. Zarywamy noce dekorując pierniczki, piekąc makowce, sprzątając dom. Przygotowania trwają do ostatniej chwili. W pośpiechu wskakujemy w wyjściowe wdzianka i witamy gości. Pomimo tego, że większość wigilijnych dań przygotowuje moja Babcia, a Brat z Tatą pomagają w zakupach i innych pracach domowych zawsze mamy pełne ręce roboty.

Zaczęłam więc szukać sobie zajęcia i tu. Od dawna myślałam o przemyceniu polskiego akcentu na stół wigilijny, ale po kolejnej wizycie w hipermarkecie zwątpiłam. Makowiec i makiełki odpadają – nie znają maku. Pierogi? Nie kupię tu kiszonej kapusty, suszonych grzybów z resztą też nie dostanę.
Tata mojej koleżanki podpytywał mnie od samego rana z troską jak się czuję spędzając Święta z dala od rodziny. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że ciężko mi poczuć świąteczną atmosferę w takim klimacie. Zapytał czy nie chciałabym przygotować polskiego dania, więc opowiedziałam mu o moich planach i niepowodzeniach w znalezieniu niezbędnych składników. Rozpoczęliśmy burzę mózgów, w efekcie której postanowiłam ulepić pierogi z twarogiem, na słodko z rodzynkami, podawane ze słodką śmietaną i cynamonem. Czasem trzeba iść na kompromis.
Pojechałam z Mayarą do pobliskiego marketu zrobić zakupy. Tylko tłum ludzi zwiastował Wigilię, gdyż sklep nie był udekorowany a produkty nie mają swojej świątecznej edycji. Nie ma Coli ze Świętym Mikołajem, eleganckich opakowań czekolad z choinką czy bałwanem…
Wróciłyśmy zadowolone do domu ze wszystkimi składnikami do moich brazylijskich wigilijnych pierogów.

Radość nie trwała jednak długo. Po otwarciu, twaróg okazał się bardzo słony. Nie pomogły miód i cukier. Co najgorsze, ani Mayara ani jej tata, nie znali białego sera, który nie był słony. Byłam zrezgnowana. Tata Mayary zadzwonił do męża siostry, który prowadzi sklep spożywczy podpytać czy przychodzi mu do głowy produkt, którego mogę użyć. Po 5 minutach byliśmy już w aucie w drodze do lokalnego małego sklepu. Wybraliśmy ser, który kolorem i konsystencją przypominał polski twarów oraz miał najniższą zawartość soli spośród tam dostępnych.
Widząc zaangażowanie moich gospodaży w powodzenie akcji „pierogi” bałam się, że i tym razem ser nie będzie dobry, co na pewno ich zasmuci.

W domu, drżącą ręką, odpakowałam ser i odkroiłam kawałek do spróbowania. Niestety ser był słony i smakował jak wędzony. Mayara widząc moją minę zasugerowała dodać do sera mleko skondensowane, które jest używane do wszystkich brazylijskich deserów. Co mam do stracenia?
Okazało się to genialnym rozwiązaniem! Mleko skondensowane osłodzi chyba wszystko.

Po chwili farsz był już gotowy, a ja zabrałam się za wyrabianie ciasta. Byłam w swoim żywiole, to był moment, w którym zaczęłam czuć świąteczną atmosferę. Usiadłam i lepiłam. Zanim się obejrzałam na stole pojawiło się ponad 60 gotowych pierogów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierogi uratowały te święta 🙂 Zaraz po tym rozmawiałam z moją Rodziną, która właśnie zasiadła do Wigilijnego stołu. Świetnie, że mogłam z nimi zamienić kilka słów i ich zobaczyć.

Mayara przygotowała mus z marakui. Przepis jest banalny. Trzeba zmiksować owoce marakui (my użyłyśmy koncentratu z tego owocu), śmietanę i oczywiście mleko skondensowane. Przelać do płaskiego naczynia, np. do tarty i odstawić na kilka godzin do lodówki. Pycha!

Po lekkim obiedzie, drzemce i kąpieli pojechaliśmy do domu cioci i wujka Mayary, gdzie miała odbyć się Wigilia. Dom był piękny. Duży, przestronny, urządzony na biało i cudownie ozdobiony.

W kuchni, na blacie stały gotowe potrawy, które wystarczyło tylko podgrzać lub przełożyć do odpowiednich naczyń. Na tarasie miejsce do grilowania, bar, na którym stały przeróżne owoce, basen i cudownie nakryte stoliki.

Kuzynki Mayary i jej młodsza siostra pomagały gospodyni w przygotowaniu tego przyjęcia przez cały dzień, chociaż żadna z nich nie wyglądała na zmęczoną. My pomagaliśmy tylko w krojeniu serów i rozkładaniu pieczywa. Tata Mayary wypełnił wielkie naczynie lodem i powkładał tam piwa, szampany i wina. Pozostały alkohol chłodził się w lodówce. W oczekiwaniu na gości zaczęliśmy częstować się przekąskami. Mistrzostwem świata były krewetki w sosie, które jadło się w wafelkowych miseczkach.
Po kilku koreczkach z pomidorami z mozarellą z pesto, kawałkach przeróżnych serów, szynki, po melonie, arbuzie i po 4 dojrzałych figach byłam pełna, a Mayara zapytała czy nie jestem głodna, bo z głownym daniem musimy poczekać na wszystkich…

Na przyjęciu byli gospodarze: małżeństwo z dwójką dzieci, my: tata Mayary, ona i ja, dziadkowie oraz kolejna ciocia z wujkiem i z dzieckiem. Kiedy byliśmy już w komplecie, na stół wjechało główne danie. 3 rodzaje mięs: wieprzowina, a dokładniej kawał świni, kurczak i indyk. wszystko z pewnego źródła i przyrządzone po domowemu. Do tego ryż z warzywami i sałatka grecka. Spróbowałam wszystkiego!

Nie było dzielenia się opłatkiem, ale była modlitwa przy choince. Złapaliśmy się wszyscy za ręce. Tata Mayary przeczytał fragment Pisma Świętego, a potem odmówiliśmy Ojcze Nasz i Zdrowaśkę.
Ponieważ najmłodszy z wigilijnych biesiadników miał 5 lat, rodzina zapewniła mu niezapomniane przeżycia. Zaczęło się od czapki Świętego Mikołaja, którą młody znalazł na fotelu. W środku był list od… Świętego Mikołaja! Starsze siostry przeczytały jego treść. Zadaniem chłopca było znalezienie prezentów, które Święty dla niego zostawił. Pierwsza podpowiedź brzmiała „idź do największej łazienki w domu”. Bez zawahania Artur pobiegł na pierwsze piętro. Za nim siostra, kuzyni, a na końcu mama z kamerą. Czapek z listami było kilka. Z każdej wysypywała się imitacja śniegu – styropian, który towarzyszy pewnie tej rodzinie w domu do dziś, a po włożeniu jej na głowę migały kolorowe światełka i grała świąteczna melodia. W listach poza wskazówkami były fragmenty obrazka, które na samym końcu układały się w ostatnią podpowiedź. Po chwili każdy biegał za małym w czerwonej czapce z melodyjką ciekawy jaka będzie reakcja malca na finał, rozsypując po całym domu „biały puch”. Święty Mikołaj zostawił prezenty przed domem! Artur otworzył drzwi a tam dyndał zawieszony na linie czerwony worek pełen prezentów!
Tata pomógł synowi zdjąć pakunek i włączył dyktafon, który był do niego dołączony. Mikołaj zostawił wiadomość głosową! Były to życzenia, pochwała za dobre sprawowanie w ciągu roku i nadzieja na jego kontynuację. Chłopiec przytaszczył worek na środek dużego pokoju i zaczął odpakowywać prezenty. Wraz z każdym krzyczał że kocha Świętego Mikołaja. Prezenty były trafione!

Po zabawie dla dzieci przyszedł i czas na dorosłych! Oni też byli grzeczni! W Brazylii popularna jest zabawa amigo secreto. Podobnie jak u nas na Mikołajki, jakiś czas przed Wigilią odbywa się losowanie osób, spośród uczestników Wigilii. Każdy kupuje tylko jeden prezent, osobie, którą wylosował. Około północy przed choinką stanęła pierwsza osoba. Zaczęła opisywać członka rodziny, dla której ma prezent. Po kilku zdaniach wszyscy wiedzieli o kim mowa, ale dla pewności padło imię. Pamiątkowe zdjęcie z prezentem i kolejna osoba na środku. Wszyscy w szampańskich nastrojach więc wygłupom nie było końca.
Po tej zabawie na środek wyszła Mayara i powiedziała, że ta Wigilia jest szczególna, gdyż mamy międzynarodowy akcent i tu spojrzała na mnie. Ja też byłam grzeczna w tym roku i brazylijski Mikołaj świetnie o tym wiedział! Dostałam trzy prezenty od trzech obecnych rodzin. Moje pierwsze brazylijskie japonki Havaianas, tak bardzo popularne tutaj i w Europie, jak się później okazało… Gospodarze podarowali mi nasze wspólne zdjęcie zrobione tydzień temu na plaży w pięknej, dużej ramce. Trzeci prezent to piżamka, bardzo mi się przyda, bo przyznam szczerze, że z powodu oszczędności miejsca w bagażu nie wzięłam swojej, czego zaczynałam żałować.

Było mi bardzo miło i ciepło tego wieczoru. I to nie z powodu temperatury, a otwartości rodziny, która znała mnie zaledwie kilka godzin, a oddała mi całych siebie. Otwartość Brazylijczyków nie zna granic. Nieustannie wszyscy dbali o to, żeby mi niczego nie zabrakło. Wszyscy starali się mówić do mnie po angielsku albo prosić innych żeby tłumaczyli. Bo jak będziecie mieli okazję później przeczytać porozumieć się w języku angielskim w Brazylii nie jest łatwo… Była choinka, bliscy mi ludzie, przepyszne jedzenie, był sztuczny śnieg i prezenty. Dużo śmiechu, muzyka… Czego więcej chcieć?

Do końca wieczora zjedliśmy jeszcze słodkie czekoladki, dokończyliśmy sączyć drinki i piwa, rozpracowaliśmy wszystkie zabawki Artura i Okołu 3 w nocy udaliśmy się do łóżek. Część gości wróciła do swojego domu, pozostali, w tym my, byli bardzo wygodnie ulokowany w różnych częściach domu.

Rano wstałam dopiero o 10 i nie byłam ostatnia. Dołączyłam do jedzących na tarasie śniadanie i zaraz po nim byliśmy już w basenie. Kostium miałam jeszcze mokry, gdyż kiedy wszyscy poszli spać, nie mogłam się powstrzymać i wskoczyłam na chwile do letniej wody.

Do południa wszyscy już wstali, a ci, którzy spali u siebie w domu wrócili. Wigilia trwała dalej, jakby nic jej nie przerwało. Jedliśmy to co zostało z poprzedniego wieczoru i churrasco, czyli brazylijskiego grilla. Wujkowie prześcigali się, który zrobi dla mnie lepszą caipirinha. Co miałam zrobić, nie chciałam pić, ale próbować musiałam!
Każdy chciał mi opowiedzieć jak najwięcej o kulturze, o Havaianas, o cachaça’sie, czyli popularnym tu alkoholu… Ja nie pozostawałam dłużna! Dostałam wiele porad dotyczących mojej dalszej podróży. Każdy się bardzo o mnie martwił. Po pewnym czasie jeden z wujków obiecał, że odwiedzi mnie w Polsce, z żoną i córką. Wspominał coś o tym poprzedniego wieczoru, ale myślałam, że wpływ na to miał inny czynnik. Myliłam się! Dziadek Mayary wypytywał mnie o Jana Pawła II i czy mogłabym mu przysłać różaniec z Polski, najlepiej z Wadowic.

Cudowni ludzie. Cieszący się z przebywania w rodzinnym gronie. Po przepysznej zupie, wieczorem przyszedł czas na rozstanie. Nikt nie chciał wracać do domu. Młodzież dała temu wyraz śpiewając popularny hit, w którym zmieniła kilka słów. Ich sens był taki, że nigdzie się nie wybierają, bo jest im tu dobrze. Wywołało to kolejne salwy śmiechu.
Na nas też przyszła pora, chociaż nie mieliśmy zamiaru jechać prosto do domu. Zahaczyliśmy jeszcze o dom mamy Mayary, w którym mieszka z partnerem i synem. Poznałam ich wszystkich dwa tygodnie temu na niedzielnym obiedzie. Czy będę nudna jeśli napiszę, że są równie sympatyczni, ciepli i otwarci? Zdecydowanie są!
Bardzo mnie zaskoczyli dając mi w prezencie trzy rodzaje cachaça’y, dodam nieprzypadkowej cachaça’y, i kieliszek do jej picia. Gospodarze postanowili pokazać mi jak smakuje każda z nich, gdyż przypadkiem mieli takie same butelki w swoim barku, otwarte. Dodam, że na tych trzech się nie skończyło. Musiałam spróbować cachaça’y miodowej, w ilości trzech, gdyż każda była z innym rodzajem pszczelego złota, cachaça’y czekoladowej, żółtej, białej… Niewątpliwie gospodarze są koneserami! Po miłej pogawędce, podczas której rozgadałam się po portugalsku, alkohol robi swoje, pojechaliśmy do domu.

Tej nocy miałam jeszcze dużo do zrobienia, gdyż nazajutrz o świcie wyruszałam do Rio. Po zapakowaniu rzeczy i kąpieli nie mogłam jednak zasnąć, wspominając zabawne sytuacje z dwóch ostatnich szalonych dni. Pomimo tego, że wszyscy domownicy już spali wybuchałam w głos śmiechem.
Nigdy nie zapomnę tej Wigilii i ludzi, z którymi ją spędziłam.

You Might Also Like

  • Ha. Z przyjemnością zamieniłabym niektóre nasze świateczne potrawy na churrasco i caipirinhę, którą nota bene dzisiaj piłam – nie w brazylijskiej, co prawda, a meksykańskiej knajpie, ale była nawet podobna do tego, co pamiętam z Bra. Gratulacje odnośnie pierogów!

    Pozdrawiam i czekam na dalsze odcinki brazylijskiej przygody! 🙂
    Asia

    • Maibleiwu

      Na co dzień faktycznie nie mogę narzekać na tutejsze jedzenie i picie… Ale Święta to jednak Święta, dlatego myślałam, że to nie wypali 🙂 Ale jednak się udało!!! Pozdrawiam! 🙂
      Chętnie poczytam o Waszych przygodach w BR 🙂

  • Nikt nie wpadł do basenu?
    Spora rodzinka, ta kultura
    jest bardzo rodzinna, co nie?