Sama pośród 12 milionów ludzi, czyli São Paulo dzień II

Sao Paulo

Ponieważ obiecałam sobie nie rozregulować cyklu dnia, pomimo braku poważnej, codziennej pracy, wstałam przed 9. Zjadłam śniadanie, tym razem jednak wraz z cała rodziną. Jestem tu dopiero drugi dzień, ale czuję się jak w domu. Wszyscy są mili i powodują, że mogę zachowywać się wśród nich swobodnie.
Problem z komunikacją? Żadnego. Jesteśmy ludźmi, mamy te same potrzeby, te same pomysły, podobne rzeczy nas nurtują, te same sprawy smucą i bolą. Chciałoby się powiedzieć „mówimy tym samym językiem”.
Cecylia jest trochę jak przyjaciółka – czasem plotkujemy, trochę jak matka – ostrzega mnie przed niebezpieczeństwem, pyta jak spędziłam dzień i całuję w czoło na dobranoc, a innym razem jest jak babcia – prosi żebym wróciła na obiad, daje dokładkę bez pytania, na wypadek gdybym wstydziła się wziąć sama.

Przy stole chłopcy tłumaczyli mi tekst piosenki, która nie opuszcza mojej głowy od wczorajszego wieczoru. Utwór to „Oh Chuva” wykonywany między innymi przez zespół Falamanss. Jest pewnego rodzaju modlitwą do deszczu, o to by przybył i oczyścił ludzi, aby byli radośni i już nigdy nie płakali. Jednocześnie piosenkarz zwraca się do tych, którzy boją się deszczu, przekonując, że nie są z papieru, cukru ani miodu, więc warto poczuć energie nieba i przyjąć błogosławieństwo wody, od stóp do głów. Melodia i tekst były bardzo chwytliwe, ale dużo jeszcze czasu musiało upłynąć żebym naprawdę zrozumiałam sens słów i całą tę energię deszczu…

Podobnie jak wczoraj, po odejściu od stołu, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do małej torebki na ramię. Obowiązkowo dwa telefony (jeden gorszy) i dwa portfele, jeden z nieaktywnymi już kartami, drugi z potrzebną zawartością. Gaz pieprzowy. Notes, długopis i drobne na metro w oddzielnej przegródce. Aparat. Mam nadzieję, że jeśli ktoś uprzejmie poprosi mnie o pieniądze i telefon uda mi się zadowolić go moimi atrapami, starymi telefonem i portfelem. Tak… Cały czas mam w głowie opowieści o uprowadzeniach, spacerach do bankomatu w celu wspólnego wypłacenia gotówki i tym podobnych historiach.

Sao Paulo

Dziś zwiedzanie zaczynam na stacji metra Consolação, która znajduje się na samej Avenida Paulista, ulicy znanej z przeszklonych drapaczy chmur, których szczyty chowają się w smogu. No właśnie, odkąd przyjechałam do São Paulo ani razu nie widziałam słońca. Niebo jest białe, niby za chmurami, ale niezwykle jasne. Tak jasne, że ciężko robić zdjęcia, bo wszystkie wychodzą prześwietlone. Jakie wielkie było moje zdziwienie, kiedy wczorajszego wieczora odkryłam czerwoną skórę ramion zaczynającą się równo od rękawków koszulki. A jednak słońce musi tam gdzieś być, bo opala, a wręcz pali.

Avenida Paulista

Kierując się, tą biurową ulicą, na południowy wschód zadzierałam głowę wysoko podziwiając tutejszą architekturę. Zachwycała. Nie mogłam jednak zbyt długo się nią delektować, gdyż moja uwagę przykuło coś innego. Wszędzie dookoła, na ulicy leżeli ludzie. Zaczęłam patrzeć pod nogi. Czasem musiałam ich omijać, innym razem wręcz przekraczać, przechodząc nad nimi. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Czułam jak dotykają mnie te wszystkie historie niespełnionych snów, marzeń, które wydawały się być na wyciągnięcie ręki w momencie przeprowadzki z rodzinnego miasta do metropolii.

– Co może się nie udać? São Paulo jest największym pracodawcą w Ameryce Południowej, na pewno coś się dla mnie znajdzie. – Zapał wystarczał na pierwszy miesiąc, góra pół roku. Ci mniej pechowi mieli w mieście rodzinę, przyjaciół, ale i najbliższym kończyła się cierpliwość albo pieniądze. Lądowali na ulicy. Jedni jeszcze pracują, grając na gitarze, sprzedając ręcznie robioną biżuterię, żebrząc. Pozostali już się poddali. Ciarki mnie przechodzą na myśl ilu spośród wyścielających swoim ciałem chodniki urodziło się na ulicy. Bez rejestracji ich narodzin dla państwa nie istnieją. Nie należy im się opieka medyczna, wykształcenie. Pomija ich nawet statystyka. Ludzie duchy. Ciężko przechodzić niewzruszonym obok dzieci, które, aby nie czuć głodu, wąchając klej, zasypiają. Często snem wiecznym. Wielu bezdomnych współdzieli swój los z psami. Mijam mężczyznę leżącego w promieniach słońca, dookoła którego nogi owinięta jest smycz. Na jej końcu pies, który pewnie od kilku godzin marzy, żeby napić się wody z pobliskiej fontanny. Nad tym krajobrazem, niczym po bitwie, unosi się nieprzyjemny zapach stęchlizny, brudu, potu, śmieci i fekaliów. Chyba nie łatwo o lepszy obraz brazylijskiego rozwarstwienia społecznego. Nie występuje tu klasa średnia. Są albo bardzo bogaci, właściciele tych wszystkich firm i biurowców oraz bardzo biedni, zaczynając od szarych pracowników biurowych, przez służby porządkowe aż po tych leżących na ulicy. Statystyki są przerażające. 10% najbogatszych obywateli otrzymuje 45% przychodu całego kraju, podczas gdy 20% najbiedniejszych ledwie 2,4% (BTI, Brazil Country Report, Bertelsmann Stiftung, Gütersloh, 2012)

W końcu doszłam do bardziej przyjemnego miejsca, miejskiego parku – Parque Tenente Siqueira Campos. Niesamowite jak bujna, gęsta i egzotyczna roślinność w mgnieniu okaz może wyciszyć cały ten zgiełk i zmienić samopoczucie. Momentalnie zapomniałam o biedzie, współczuciu i zapragnęłam tu zostać na zawsze. Wilgotne powietrze, przyjemny cień, male fontanny, posągi, ławeczki. Trudno uwierzyć, że cały park przedzielony jest jedną z bardziej ruchliwych ulic. Śliczny romantyczny mostek nad drogą sprawia, że przechodząc z jednej jego części do drugiej, ani na chwilę, nie opuszcza mnie ta bajkowa atmosfera. Ciężko stwierdzić ile spędziłam tam czasu, tak się utopiłam w tym spokoju, w naturze.

Kolejnym postojem był różany ogród znajdujący się przy szklanym, błękitnym budynku – Condomínio Edifício Parque Cultural Paulista.

Po drodze do galerii handlowej Shopping Patio Paulista, patrzył na mnie znad budynków kolorowy Oscar Niemeyer, brazylijski przedstawiciel światowej architektury modernistycznej, autorstwa Kobry.

Dalej było kilka kościołów:

Igreja Nossa Senhora do Paraíso – kościół koło szklanego biurowca

Inny kościół

Catedral Metropolitana Ortodoxa

Ponieważ dzień był jeszcze młody, zmęczona miejskim zgiełkiem udałam się do polecanego przez moją nową rodzinę, zajmującego obszar 1,5 km², parku Ibirapuera. I tu ciekawostka jednym z architektów tej zielonej wyspy na betonowym morzu São Paulo był wspomniany wcześniej Niemeyer, więc to chyba on pchnął mnie w tę stronę.

Z mapy wywnioskowałam, że do parku spokojnie dojdę pieszo, odległość nie wydawała się duża. Szybko okazało się jednak, że droga była dość trudna do przebycia spacerem ze względu na brak chodnika, wiaduktów oraz górzystość terenu. Kilka razy zabłądziłam chodząc w kółko po osiedlach małych bloczków mieszkalnych, często wybierałam uliczki bez wylotu.

W końcu jednak zza dużego Instituto Dante Pazzanese de Cardiologia, na którym kilka razy podczas mojego spaceru lądowały helikoptery, wyłoniły się korony drzew parku. Wkrótce dzieliła mnie od niego już tylko ulica. Niestety bardzo ruchliwa, a przejścia dla pieszych nie było. Zapytałam o nie przechodzącego obok młodego mężczyznę. Zaproponował wspólny spacer w kierunku najbliższego wiaduktu dla pieszych. Nie znał ani słowa po angielsku, ale nie przeszkadzało nam to w konwersacji. Po wymienieniu się kilkoma podstawowymi informacjami o sobie i życzeniu miłego dnia i bezpiecznej podróży rozdzieliliśmy się na przystanku autobusowym, do którego zmierzał chłopak. Ja natomiast zaczęłam wspinać się po krętych schodach na wiadukt. Na półpiętrze stał starszy mężczyzna sprzedający wodę z przenośnej lodówki. Kupiłam jedną małą butelkę i żartując zapytałam czy nie ma przypadkiem zimnego piwa.
– Nie mam, ale jak będziesz tędy wracać to będę już miał – Nie żartował. I znów wdałam się w gadkę. Okazało się, że bardziej niż po angielsku czy portugalskiego możemy dogadać się po włosku… Mężczyzna ma dalsze korzenie w słonecznej Italii, a obecnie także studiującego syna, który na pewno nie uwierzy ojcu, że spotkał w São Paulo taką piękną Polkę, więc na wszelki wypadek zrobi sobie ze mną zdjęcie. Czy naprawdę Paulistas, jak się mówi o mieszkańcach tego miasta, mogą zrobić mi krzywdę? Czy to w obawie przed nimi kurczowo trzymam aparat fotograficzny, moje nogi są gotowe do ucieczki, a gardło do krzyku? Przed czy tak zawzięcie ostrzegały mnie moje brazylijskie siostry, Mayara i Roberta?


Szybko jednak zapomniałam o tych wątpliwościach, gdyż przygniotła mnie bujna roślinność parku. Znów stawiając kilka kroków przeniosłam się do innej krainy.

Spacerowicze, biegacze, rolkarze i rowerzyści. Wszyscy w ruchu, ale jakby nikt się nigdzie nie spieszył. Zmęczeni dopadają wodopoju i umiejętnie zakrywając palcem jeden kranik tryskają sobie w usta źródlaną wodę. Czasem nalewają ją do butelki. Dwukrotnie. Za pierwszym razem całą zawartość wylewają sobie na głowę. Drugi raz nalaną wodę zatrzymują na potem. Ławeczki były puste. Ludzie wolą siedzieć na kocach piknikowych albo bezpośrednio na trawie. A mają gdzie siedzieć. Niektóre części parku pokryte są gęstą roślinności, z której gdzieniegdzie przedziera się strumyk, mostek. Inne natomiast są przestronne i wydają się nie mieć końca.

Mijam boiska do tenisa, do koszykówki i piłki nożnej. Na terenie Parku Ibirapuera znajduje się również staw, japoński pawilon, kilka muzeów oraz planetarium. Mnie natomiast urzekała coraz to nowa odmiana drzew, krzewów czy kwiatków przebijających się przez gęstą, choć przystrzyżoną trawę.

Robiąc zdjęcie kolejnemu okazowi w kadr wszedł mi pewien mężczyzna. Opuściłam ramiona z aparatem od twarzy, aby go nie stresować.
– Poczekam aż sobie pójdzie – Pomyślałam.
Mężczyzna przyglądał mi się, niby ukradkiem, w końcu ruszył w moją stronę.
– Hej, jak się masz – Zaczął po angielsku, co było dla mnie nowością.
– ok, a Ty? Skąd wiesz, że nie mówię po portugalsku?
– Mieszkam w Miami, odwiedzam tu rodziców, potrafię odróżnić obcokrajowców na kilometr. Mogę się przyłączyć? – No i co ja miałam na to odpowiedzieć…?
Szliśmy tak i rozmawialiśmy jakiś czas, aż nagle wyskoczył z dziwnym pomysłem.
– Jak chcesz to pokaże ci niesamowite drzewo. Jest tam –  Tu wskazał spory gąszcz, przez który nie prowadziła żadna z wyznaczonych ścieżek.
– Wiesz co… będę się zbierać, idę już w stronę wyjścia. – Chciałam się jakoś wymigać. Ten jednak nalegał tłumacząc, że to niedaleko… Jestem sama w São Paulo, a przypadkowo spotkany chłopak wybadał już moją sytuację, teraz pcha mnie w jakieś krzaczory… Co robić? A może jest normalnym, fajnym chłopakiem i to ja jestem panikarą…?
Za drzewami dostrzegłam leżące na kocykach kilka par, które wybrały ustronniejsze miejsce parku, zapewne w celu gry w karty.
– Czyli nie jestem sama – Pomyślałam.
– No ok. Pokaż to swoje drzewo, ale bardzo szybko, bo naprawdę się spieszę. Zrobię kilka zdjęć z daleka i zmykam. – I poszłam…
Drzewo faktycznie tam było. Olbrzymie i połamane. Robiło wrażenie. Ale nie mogłam się skupić na dobrych ujęciach, ponieważ nie chciałam spuszczać z oczu mojego przewodnika. Daniel, chyba tak miał na imię poznany Brazylijczyk, zaprosił mnie na wieczorny koncert, który miał odbyć się w pobliżu i, ku mojej uciesze, zniknął.

Po tym zdarzeniu obiecałam sobie nie zawierać więcej nowych znajomości dzisiejszego dnia. Wybrałam więc inne wyjście z parku omijając znanego już Pół-Włocha, czekającego na mnie z zimnym piwem. Dzięki temu wpadłam wprost na awangardowy obelisk Monumento as Bandeiras, czyli pomnik flagi, który wzniesiono w czterechsetną rocznicę powstania miasta.


Droga do najbliższej stacji metra wiodła pod sporą górę. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie byłam zmęczona. Starałam się podziwiać krajobraz. Po prawej stronie, na przykład, miałam robiący wrażenie stadion, Ginásio do Ibirapuera, otwarty w 1957 roku. Zapewne pamięta niejedno zwycięstwo, niejedną porażkę.

Wracając do domu ponownie zachwycałam się organizacją metra w mieście mającym ponad 12 milionów mieszkańców. W podziemiu, od początku, rozdzielone są drogi, barierkami bądź ścianą, do i z metra. Ruch więc jest jednostronny, trzeba podążać za tłumem. Każda, z 5 linii, ma swój kolor (niebieski, zielony, czerwony, żółty i liliowy), dzięki czemu łatwo podążać za odpowiednimi tabliczkami. Na samym peronie, nierzadko, tory oddzielone są od poczekalni szybą. Pociąg staje w taki sposób, że drzwi pokrywają się z automatycznymi drzwiami w szybie. Jeśli nie ma takiej bariery, to miejsce, gdzie pojawi się wejście do pojazdu wyznaczają linie na posadzce. One też wskazują obszar, w którym czekać powinni pasażerowie chcący wsiąść do metra, jak i drogę dla ludzi z niego wychodzących. Zasady te są, co jakiś czas, przypominane przez głośniki rozlokowane na całej stacji. Co ciekawe takie rozwiązanie zdaje egzamin nawet w godzinach szczytu. Oczywiście nie widzisz wtedy nic prócz pleców osoby przed tobą, ale nadal się poruszasz, nie przejedziesz swojego przystanku lub nie zostaniesz stratowany przez szalony tłum.
Zadowolona z tego dnia, z nowymi znajomościami, setką zdjęć w aparacie wróciłam do domu, ale ten dzień miał się jednak jeszcze tak szybko nie skończyć.

You Might Also Like