STYCZEŃ – Gotowa na miłość!!!

Podróż podróżą, opisać ją trzeba, ale muszę również żyć teraźniejszością. Jak odnaleźć się w szarej rzeczywistości po kilkumiesięcznej podróży? Czy ta codzienność faktycznie musi być szara? Jak odwrócić uwagę mojego mózgu od powtarzających się obowiązków, czemu robić zdjęcia, jak oszukać chęć odkrywania, poznawania nowych miejsc, ludzi, zapachów i smaków? Jak zachować spontaniczność i niezależność?
No i jak upłynął mi styczeń – o tym w tym wpisie.

Zaskoczę Was, ale od mojego powrotu we wrześniu dopiero teraz zaczynam czuć, że przejmuję kontrolę nad własnym życiem. Ostatnie miesiące minęły bardzo szybko. Pochłonięta byłam budowaniem i organizowaniem wszystkiego na nowo.

Wrzesień upłynął pod znakiem spotkań z rodziną i znajomymi oraz szukania pracy, którą rozpoczęłam już w ostatnim jego tygodniu. Wtedy też zwaliłam się niezastąpionemu przyjacielowi, Piotrowi (wiem, że się teraz uśmiechasz) do mieszkania, żeby współtworzyć z nim komunę, przez następne dwa miesiące. Piotr, wiem, że nazwałbyś to raczej pasożytnictwem, ale nawet Twoi współpracownicy przyznali, że mam na Ciebie dobry wpływ, który uznałam za mój wkład w tę wspólnotę.
Depresja poprzyjazdowa? Delikatna. Bałam się powrotu do biura. Jak wytrzymam 8 godzin przy biurku? Czytając kolejne ogłoszenia, opis i zakres obowiązków na danym stanowisku pogrążałam się w beznadziei. Na szczęście ktoś, gdzieś nade mną czuwa i praca sama mnie znalazła. (Dzięki P., jestem Twoim dłużnikiem.)

W październiku na nowo zakochałam się w Warszawie. Kocham Łódź, ale w Warszawie po tych kilku latach czuję się jak w drugim domu. Jeśli chodzi o pracę nie mogłam lepiej trafić. Nowe wyzwania, nowi znajomi. Szybko się tym nie znudzę.
Pod koniec miesiąca przyszedł czas na sprawy formalne, takie jak walka z ubezpieczycielem o zwrot kosztów leczenia, umówienie się z bankiem na sposób spłaty kredytu, wyrobienie skradzionych kart bankowych i karty SIM z polskim numerem, a także załatwienie sobie nowego telefonu komórkowego.

Listopad poza zadumą nad osobami, których już z nami nie ma, sprawił, że zadumałam się także nad swoim zdrowiem i kondycją fizyczną. Zrobiłam rutynowe badania krwi oraz powróciłam do aktywności fizycznej. Już 11-tego pobiegłam w Biegu Niepodległości, a 21-go, który był ważnym dla mnie dniem z kilku innych powodów, podjęłam decyzję o uczestnictwie w 12. Półmaratonie Warszawskim, w drugiej połowie marca. Pora spalić te  brazylijsko-peruwiańskie kilogramy!
Mieszkania szukałam wtedy już prawie od miesiąca. Raz bardziej aktywnie, innym razem mniej. Podejrzewam, że brak podróży zastępowałam sobie trochę tym studenckim życiem na walizkach. Nie zostawałam sama ani na chwilę. W pracy ludzie, w domu Piotr. W pewnym momencie zaczęło mi brakować mojej własnej przestrzeni. To był dobry znak.
Sprawa wynajmowania pokoju w stolicy zasługuje na osobny wpis. Zainteresowani nim powinni być wszyscy samotni, poszukujący swojej drugiej połówki. Już dziś porzućcie wszelkie tindery, sympatie i inne serwisy randkowe. Najlepsze jest Gumtree.
Swoje cztery ściany znalazłam dość przypadkowo i spontanicznie. Czyli decyzja ta została podjęta, jak większość najlepszych decyzji w moim życiu. Mieszkanie jest dwie przecznice od Piotra (tak, wiem, że bajkowo to wygląda tylko z mojej perspektywy). To pierwszy plus. Drugi, to 3 przystanki do pracy. Jest jeszcze kilka jego zalet, ale nie chce tu przynudzać.

Grudzień…
Był w tym roku grudzień? Musiał być szalony… Nawet Święta, choć tym razem spędzone w gronie rodzinnym, minęły błyskawicznie. Nie muszę chyba wspominać, że w Wigilię byłam rozdarta. Niby cieszyłam się, że jestem w Polsce, ale dobrze pamiętałam jak w zeszłym roku przy pięćdzieśięciostopniowym upale lepiłam pierogi z serem, jak gorąco przyjęła mnie zupełnie obca brazylijska rodzina, zabawę w amigo secredo przy choince i jak wyjątkowe potrawy zjadłam w ten wieczór. Pisałam o tym tutaj. Chciałabym móc połączyć te dwa światy, w ten jeden, wyjątkowy dzień. Pozostał mi Whatsapp, przez którego jeszcze tuż przed uroczystą kolacją rozmawiałam z Mayarą.

Trzeci raz z rzędu Nowy Rok przywitałam poza granicami kraju. Jak to się stało? Zacznę od krótkiego wstępu. Kiedy pracowałam w jednym  z hosteli w Cusco, w Peru, poznałam pewną Amerykankę z Miami. Od pierwszych słów Gena budziła moje zaufanie.
– Wódkę z lodem, wodą i limonką poproszę – I tak zostałyśmy na kilka dni przyjaciółkami. Na kilka dni, które tam została, jak to w podróży bywa. O relacjach międzyludzkich w takich okolicznościach napiszę pewnie niejeden post. Gena jako jeden z nielicznych gości hostelowych została moją znajomą na jednym z portali społecznościowych. Nie umknęło więc mojej uwadze zdjęcie zrobione w Amsterdamie tuż przed końcem roku.
– Jesteś w Europie i nie masz w planach mnie odwiedzić? – Zaczęłam od wyrzutów.
– Mam napięty grafik, ale koniecznie wpadnij do Pragi na Sylwestra! – Nie było łatwo, ale mnie skubana przekonała. Sprawdziłam bilety autobusowe. Tańsze niż do Zakopanego. Ok. Godz. 1 w nocy zadzwoniłam do Pana Niezawodnego (tak Piotrze, tu znów pojawiasz się Ty)
– Jedziesz ze mną do Czech na sylwka? – Nigdy nie owijam w bawełnę.
– Ale gdzie? Co? Jak? Dlaczego? Nie możemy pogadać o tym jutro?
– Nie, kupuję bilety teraz, jutro będą droższe. – No i pojechaliśmy.
Powiedzcie mi teraz, że nie można być spontanicznym mając tzw. poważną pracę na cały etat. W piątek po pracy kupiłam alkohol i coś do jedzenia, spakowałam się w 40 min do plecaka, wzięłam kąpiel i wyjechaliśmy nocnym busem do Pragi. Na miejscu byliśmy ok. 8 rano, rozejrzeliśmy się po okolicznych hostelach i wybraliśmy najtańszy. Wnętrze było ponure, brudne, a w powietrzu unosił się papierosowy dym, ale noc kosztowała nasz ok. 50 zł. od osoby. Kim jesteśmy, aby wybrzydzać. Po całodniowym zwiedzaniu przyszedł czas na szalonego Sylwestra. Bawiliśmy się na zorganizowanej imprezie w towarzystwie mieszanki młodych ludzi z całego świata. Szczegółów imprezy i tak nikt nie pamięta, więc przejdę do dnia następnego. Jak wiadomo najlepsze na kaca jest zwiedzanie miasta przy temperaturze -10 stopni C.

Praga pierwszego stycznia 2017 r.

I tak dotrwaliśmy do wieczora, kiedy to, ku uciesze Piotra, nie spotkaliśmy się z naszym autobusem powrotnym. Do dziś nie wiem co poszło nie tak. Noc, a właściwie 4 godziny spędziliśmy kimając, na sępa, w hostelu, w pokojach znajomych, a rano wsiedliśmy w autobus. Czy ktoś narzeka na poniedziałek w biurze? Uwierzcie, że poniedziałek spędzony w autobusie (16 godzin!), jest znacznie gorszy…

Piękna zima w Łodzi, okiem mojego Taty.

Pewnie niektórym wyda się to dziwne, ale dopiero na początku Nowego Roku rozpakowałam się w swoim pokoju, po przeprowadzce. Dopiero wtedy wszystko sobie poukładałam w szafach, szufladach i zrobiłam listę rzeczy, które by mi się przydały. Do dziś ich nie kupiłam. Może poczekam z tym do początku 2018 roku kiedy to otworzą w pobliżu Ikeę.
Rok 2017 zmobilizował mnie również do powrotu tutaj. Nie było łatwo. Zbierałam się z tym zamiarem od września. Jak to mówią najtrudniejszy pierwszy krok. Ogromnie się z tego cieszę, bo to świetna okazja do uporządkowania notatek, zdjęć, pamiątek a przede wszystkim do przeżycia tych wszystkich przygód na nowo. Nie potrafię trzymać całej dobrej energii, którą dała mi ta podróż tylko dla siebie. Chcę wykrzyczeć o niej światu i porozdzielać między ludzi. Cały czas utrzymują się pewne stereotypy o podróżowaniu, o Ameryce Południowej, o Brazylii, które chciałabym obalić, bo krzywdzą ten kontynent i ludzi, których kocham. Chciałabym zarazić innych moją miłością, do wszystkiego co mnie tam spotkało. Dlatego poza blogiem mam w planach inne akcje propagujące podróże niskobudżetowe, kulturę Brazylijską. Na pierwszy rzut pójdą slajdowiska, w kilku miejscach w Łodzi i Warszawie. Jestem w trakcie rozmów z wieloma ludźmi chcącym zrobić coś fajnego, co ma związek z szeroko pojętym podróżowaniem czy samorozwojem, co uwierzcie ma wiele ze sobą wspólnego. Dużo energii i dużo pomysłów, na efekty czekajcie cierpliwie!

Nie myślcie sobie, że przez to wszystko, co sobie teraz biorę na głowę, zrezygnuję z podróży! O nie! Otóż ogłaszam wszystkim wszem i wobec, że kupiłam bilety do Rio! Jadę w kwietniu, na 12 dni, ale będzie to najbardziej wykorzystane 12 dni w moim życiu! A Wy to zobaczycie.

Widok z Góry Dwóch Braci na Rio de Janeiro

Jak widzicie nie zabija mnie rutyna. Jej chyba nigdy nie było w moim życiu. Jak się tylko powoli wyłaniała zza horyzontu, przewracałam moje życie do góry nogami. Broiłam, sprzątałam, broiłam i znów sprzątałam. Tak to już ze mną jest.

Styczeń to również Dzień Babci i Dzień Dziadka. W tym roku, pełnym składem z moim rodzeństwem, udało nam się wszystkich dowiedzieć. To są dla mnie zawsze bardzo cenne chwile. Ale obawiam się, że nigdy nie odpłacę się dziadkom za to, co dla mnie zrobili, ile serca, miłości, cierpliwości i siły włożyli w moje wychowanie.

W tym całym życiowym szaleństwie, w takiej mojej wersji rutyny, mam jednak czas żeby dostrzec jak zmieniła mnie moja podróż. I ciesze się, że nauki, które tam odbyłam nie poszły w las. Bałam się trochę, że kiedy wrócę do normalnego życia, wrócę do starego sposobu myślenia o sobie, o moich priorytetach. A tymczasem sama siebie bardzo pozytywnie zaskakuję jakimś zachowaniem, reakcją i czuję, że jeszcze nie raz zaskoczę. Nie bez przyczyny chyba chodzi za mną ostatnio piosenka starej, dobrej Whitney.

W końcu dopiero kiedy, nie tylko akceptujemy, ale i kochamy samych siebie jesteśmy gotowi, żeby pokochać innych. Tak naprawdę.

Z tej całej narcystycznej, jak możecie stwierdzić, miłości, pod koniec pierwszego miesiąca 2017 roku zaczęłam jeszcze bardziej dbać o siebie. Mam tu na myśli rozwój osobisty, ale i zdrowie, aktywność fizyczną oraz (w końcu!) dietę.

Czuję, że jestem sobą. Czuję, że jestem gotowa na nowe wyzwania. Czuję, że niedługo nadejdzie coś bardzo fajnego. To piękne uczucia są!

Salar de Uyuni, Boliwia

You Might Also Like

  • Piotr Murmuchamiatow

    Wcale nie jestem taki narzekający!! Czasem tylko jak bujasz w obłokach ktoś Ci musi pomachać z ziemi realistów dla perspektywy. Bez niej czym jest latanie…:)

    • Nigdy Cię nie widziałam narzekającego! 🙂 Dziękuję, że jesteś <3 Latam, gadam, pełny serwis 🙂