Trzy kontynenty

  1. Pożegnanie z Europą, czyli Barcelona na wariata.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Po imprezie w Mataró, wpadłam do domu na szybką kąpiel i wyszłam na spacer pożegnać się z miastem. Najpierw do portu, potem na plażę. Po drodze mijałam ulicznych grajków, którzy prezentują nienaganne interpretacje Boba Marleya na przemian z podrywającą widownię do tańca salsą. Słońce takie piękne, niebo błękitne, bez żadnej chmurki… Mogłabym zostać tu na dłużej. Długo dłużej. Ale przede mną przygoda życia! Ameryka Południowa! Będzie jeszcze czas żeby tu wrócić, teraz pora na prawdziwą podróż.

W każdym razie nie mogłam sobie wymarzyć lepszego miejsca na rozpoczęcie moich wojaży. Ostatnie tygodnie przygotowań spędziłam na najwyższych obrotach. Mało snu, stres związany z obawą przed brakiem czasu na ostatnie formalności, takie jak wyrabianie kart płatniczych w kilku bankach, debetowych i kredytowych, załatwianie pełnomocnictw dla moich bliskich do urzędów czy instytucji, recept na najważniejsze leki, przyklepanie pierwszych noclegów, wydrukowanie mapy São Paulo, no i oczywiście liczne pożegnania, telefony, spotkania. Szczerze mówiąc wsiadając do samolotu w Warszawie nie byłam przygotowana. Ale tygodniowy pobyt w Barcelonie przypomniał mi, że ja nigdy się specjalnie nie przygotowuję, bo nie taki styl podróżowania cenię. Zawsze idę na żywioł. Poznaję ludzi. To oni są dla mnie najważniejsi i to oni pośrednio i nieświadomie organizują mi wyjazd. Hiszpan, którego poznałam na imprezie w Warszawie, rok temu, tak bardzo chciał, żebym go odwiedziła w Barcelonie, że sam zarezerwował mi bilet do Rio ze swojego rodzinnego miasta. Znajoma ze studiów ma w Barcelonie chłopaka, dlaczego miałabym nie skorzystać z ich propozycji oprowadzenia mnie po centrum? Dlaczego miałabym nie pójść na imprezę do ich znajomego skoro szczerze mnie zapraszali? Poza tym uwielbiam błąkanie się po mieście bez celu i mapy. Przyglądanie się przechodniom i ich codziennemu życiu. Podróżując nie lubię się spieszyć…

No właśnie… Tak też było i dzisiaj. Łaziłam, łaziłam, aż w końcu zrobiła się godzina 14… Na lotnisku miałam być 2h przed odlotem, czyli ok. 16:10. A ja jeszcze chciałam wymienić polskie złotówki na dolary w jakimś, bliżej nieokreślonym, kantorze oraz kupić sobie coś na kanapki i to w miarę niedrogo, bo zostało mi w kieszeni tylko kilka euro, ze 100 euro, które ze sobą zabrałam. Tak, przez tydzień w Barcelonie wydałam tylko, a dla mnie aż, 100 euro. Potem miałam w planach wrócić do domu, wykapać się, dopakować bagaż, złapać autobus, oczywiście jeszcze nie wiedziałam jaki i na placu Katalońskim przesiąść się w autobus, który kursuje pomiędzy lotniskiem a centrum miasta. I tu uwaga, sprawdziłam wcześniej na rozkładzie, że odjazdy takich autobusów są mniej więcej co 10 minut. Self-five!

Czy zdążyłam? Oczywiście! Z resztą przecież by zaczekali… W każdym razie zaraz po uświadomieniu sobie faktu, że od godziny 14 do godziny 16 są 2 godziny, tak, czasem to jest niejasne, porzuciłam pomysł szukania kantoru. Kupiłam bułki i ser żółty, i pobiegłam do domu. Kąpiąc się i szykując odgrzałam i skonsumowała makaron z sosem pomidorowym, a na końcu dopakowałam plecaki i wybiegłam z domu. Z moim gospodarzem, Antonio, pożegnałam się już rano, kiedy to minęliśmy się w drzwiach: ja wracałam z imprezy, a on wychodził do pracy.
Dopadłam pierwszy lepszy autobus. Po co mi była ta kąpiel? Przecież już jestem mokra… Po co mi taki bagaż? Jak ja będę funkcjonować przez najbliższe pół roku taszcząc go wszędzie ze sobą…? Prawdopodobnie już w tym momencie podjęłam decyzję, że przy pierwszej lepszej okazji pozbędę się połowy rzeczy.

Ostatecznie na lotnisko wpadłam o 16:30. Zaniepokoił mnie brak kolejki do stanowiska nadania bagażu, ale po chwili zaczęłam się martwić jeszcze bardziej i nie chodziło tu o spóźnienie na samolot…
– Ma pani bilet powrotny? – Zapytała Hiszpanka kartkując mój paszport
– Nie – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– Na ile pani jedzie? Kiedy zamierza pani wrócić do Polski? – No i zaczęły się niewygodne pytania…
– Jadę odwiedzić przyjaciółkę na Święta, ciężko powiedzieć ile zostanę… – Zmieszałam się.
– Może mieć pani problemy w Brazylii. Mogą poprosić o zakup biletu powrotnego zanim opuści pani lotnisko w São Paulo.
Słyszałam o podobnych przypadkach, ale w krajach Ameryki Środkowej. Paranoją była historia pewnej pary, która przyleciała na lotnisko w Panamie. Nie pozwolono im opuścić budynku do momentu zakupu powrotnego biletu na samolot, pomimo faktu, że małżeństwo miało już wykupione bilety autobusowe do innego kraju, w dalszą podróż. Jest to pewnego rodzaju sposób na łatwy zarobek na zalęknionych, głównie niemówiących po hiszpańsku, turystach w tych stronach. Ale żeby w Brazylii…? Jak ja się z nimi dogadam? Przecież poza kilkoma zwrotami, których nauczyły mnie dla żartów moje Brazylijki, po portugalsku nie potrafię się nawet przedstawić… Przed wyjazdem liznęłam trochę hiszpańskiego (Hola, como estas?), ale portugalski? Przecież to język tylko jednego z krajów, który chcę odwiedzić, więc nie chciałam tracić na niego czasu, którego i tak miałam ostatnio zbyt mało. A może dogadam się po angielsku…?

  1. 20h w Afryce gratis.

Nadszedł czas na przystanek w Casablance. Lot nie był długi, trwał zaledwie 1,5h. Zarówno dziś jak i jutro, ponieważ lot jest dopiero w okolicach południa, korzystam z przewoźnika Royal Air Maroc. Teraz trzeba jeszcze przetrwać noc.
Wychodząc z hali przylotów zapytałam obsługę, gdzie mogłabym przenocować, mając na myśli najwygodniejsze krzesła na lotnisku. Młody chłopak zza biurka uśmiechnął się do mnie i poprosił o wizę. Wytłumaczyłam, że nie załatwiałam żadnych pozwoleń, ponieważ nie mam zamiaru opuszczać lotniska. Niby co miałabym robić sama na ulicach Casablanki w nocy? Młodzieniec zmarszczył brwi i powiedział, że w takim razie musi dać mi voucher na hotel na terenie lotniska, a on jest pewien, że dużo lepiej by mi było w hotelu obok lotniska, do którego jednak nie mogę się udać z powodów formalnych.
– Basen, siłownia, ładne duże pokoje, świeże ręczniki… – Jakoś mnie nie ruszyły jego opowieści. Jedyne, o czym myślałam to łóżko i sen.
Chłopak jednak postanowił przedłużyć naszą rozmowę i mnie rozbawić opowiadając różne historie. Chyba z tego zmęczenia właśnie śmiałam się jak głupia. W końcu obiecał, że podczas następnej mojej wizyty w Casablance pokaże mi miasto i będę mogła się u niego zatrzymać. Mój nowy znajomy przeprowadził mnie służbowym przejściem, w celu ominięcia kolejki ludzi, którzy lecieli ze mną z Barcelony, pokazał restaurację, w której mogę zjeść posiłek za kolejne vouchery, które od niego dostałam i zniknął. Po kilku minutach dodał mnie do znajomych na fb. Czy to normalne procedury lotniskowe? Koleś musi mieć miliard znajomych…

Miałam ze sobą tylko plecak podręczny, którego zawartość to głównie sprzęt elektroniczny. Wiedząc jednak, że spędzę w Maroco noc, przemyciłam trochę świeżych ciuchów, klapki, ręcznik i próbki podstawowych kosmetyków. Nie mogłam doczekać się kąpieli.
Hotel, a może powinnam bardziej napisać „hotel” znajdował się gdzieś po środku pasażu sklepowo-restauracyjnego. Zejście po schodach w dół, jak do piwnicy. Na dole recepcja. Dałam moją przepustkę przemiłej pani, która chyba jednak udawała uśmiech gdyż przerwałam jej rozmowę z koleżanką. Dostałam klucz. Korytarz był wąski, co dwa metry drzwi. Nie spodziewałam się dużych pokoi, bo cel takiego hotelu jest jeden – przeczekać noc, przespać się między lotami. Tak też to wyglądało, mały, względnie czysty pokoik.

W ekspresowym tempie wyjęłam przybory do kąpieli i poleciałam do, współdzielonej ze wszystkimi gośćmi, łazienki znajdującej się na korytarzu. Jakież było moje zdziwienie… Szczęka opadła mi pewnie do podłogi… Chociaż, szczerze mówiąc, tej podłogi wolałabym nie dotykać nawet butem, a co dopiero szczęką… Jeszcze gorzej było pod prysznicem. Odchyliłam pokrytą grzybem zasłonkę a tam, na ścianie, stado much. Zdeterminowana i rządna kąpieli mimo wszystko, chciałam rozgonić towarzystwo strumieniem wody, ale ten okazał się niestety słabiutki, a nieproszeni goście, chociaż w tym przypadku mam wątpliwości, kto tu był gospodarzem, odporni na wodę. Nie poddałam się. Na szczęście wszystkie rzeczy miałam w reklamówce, którą powiesiłam na jakimś zardzewiałym haku. Namydliłam prawie na sucho ciało, poza brodzikiem, i weszłam do niego na kilka sekund, żeby się wypłukać. Była to, jak do tej pory, najbardziej odrażająca kąpiel w moim życiu i nie chciałabym mieć, już nigdy więcej sytuacji, która byłaby dla niej konkurencyjna.

Czując się względnie czysta, wyruszyłam z hotelu na poszukiwania jakiegoś miłego miejsca z darmowym Internetem. Kiedy tak chodziłam w kółko z laptopem i ładowarką podszedł do mnie młody mężczyzna pytając czy mam może zasilacz do komputera z wtyczką, która pasuje do kontaktów na lotnisku. Taką właśnie miałam i obiecałam, że jeśli tylko znajdziemy w miarę czysty i wolny stolik niedaleko pustego kontaktu, a spełnić te wszystkie warunki, kumulatywnie, na lotnisku graniczy z cudem, to chętnie się z nim tą ładowarką podzielę. Znaleźliśmy. Mój nowy lotniskowy kompan okazał się Brazylijczykiem, który jedzie na studia do Turcji. Jego lot jest jutro rano i również zatrzymał się w lotniskowej noclegowni. Pisaliśmy na fb do swoich rodzin, że żyjemy, dotarliśmy i jakoś sobie radzimy. W tzw. międzyczasie wymieniliśmy się kontaktem. Po kilku godzinach pogaduszek i współdzielenia jednego kabla schodziliśmy już razem po schodach do hotelowego piekła. W takiej właśnie sielance strzeliliśmy sobie selfie.

Zaraz po tym grzecznie się pożegnaliśmy i każdy udał się do swojego pokoju. Ledwo położyłam się spać, a słabe wifi pozwoliło mi przeczytać wiadomości od nowego brazylijskiego kumpla. Nie wiedziałam czy to już zmęczenie padło mi na wzrok czy może mój kolega troszeczkę zbytnio się rozluźnił, w każdym razie zrozumiałam, że proponuje mi masaż… Odmówiłam i poszłam spać. Przekładając przeczytanie pozostałych sprośnych propozycji na poranek.

Nie mogę powiedzieć, że tej nocy się nie wyspałam. Dlatego też po śniadaniu musiałam iść od razu do odprawy. W autobusie, który wiózł nas po płycie lotniska, zagadał do mnie pewien czarnoskóry, niewysoki mężczyzna. Był na tyle sympatyczny, że zgodziłam się, aby usiadł obok mnie w samolocie. Chociaż nie wiem, czy miałam coś do gadania w tej kwestii. Wis, bo tak ma na imię już kolejny chłopak, którego poznaje podczas tego dwudniowego lotu, pochodzi z małego afrykańskiego państewka, jakim jest Gwinea Bissau. Językiem urzędowym jest w nim portugalski, co tłumaczy fakt, że Wis wybrał Brazylię na miejsce emigracji i od ponad 5 lat mieszka i pracuje w São Paulo.

– Jestem szczęściarą. – Pomyślałam. Właśnie zaprzyjaźniam się z gościem, który nie raz przedostawał się z lotniska, które leży na obrzeżach São Paulo, do centrum. Trochę bałam się tego pierwszego zetknięcia z tym nowym kontynentem, tym bardziej, że przylot miał mieć miejsce o godzinach wieczornych. Sama, zagubiona, bez języka. A tak to zawsze ktoś udzieli mi kilku wskazówek. I jeśli faktycznie miałabym jakieś problemy na lotnisku, w związku z brakiem planu powrotu do Europy, to jest i tłumacz, i wsparcie. W miarę upływu czasu i zacieśniania naszej znajomości zaczęłam jednak zmieniać zdanie, co do mojej korzystnej sytuacji. Zaczęło się od pokazywania zdjęć rodzinnych. Wis wyjął smartfona i zaczął pokazywać mi zdjęcia matki i sióstr, które właśnie odwiedzał. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kobiety były ubrane w codzienny strój czyli były prawie nagie. Ubranie składało się z przepaski przewiązanej w pasie i korali na szyi. Lekko zaskoczona i zawstydzona przyznałam, że są bardzo ładne. Chociaż, szczerze mówiąc, nie potrafiłam powiedzieć która z przedstawionych dam jest matką. Całą sytuację uznałam jednak za uroczą, a ubranego obecnie w garnitur współpasażera za rodzinnego i ciepłego mężczyznę. Zaczęliśmy rozmawiać o językach. Przyznałam się, że kompletnie nie znam portugalskiego.
– No to koniecznie musisz się nauczyć! – Obruszył się mój rozmówce.
– Ale dlaczego? – Pytanie niby głupie, ale wyczuwałam drugie dno.
– No bo jak się dogadasz z moją mamusią jak cię przedstawię? Nie wyobrażam sobie, żeby moja żona nie mówiła w moim ojczystym języku.
Uśmiechnęłam się, pewnie znów nieco zmieszana, ale uznałam to za żart. Szybko dorwałam słuchawki i zaczęłam oglądać, na monitorze przede mną czarno-białą”Casablankę”. On zrobił to samo.

  1. Ameryka Południowa – mam to, czego chciałam.

Lot był na tyle długi, że zdążyłam zjeść trzy posiłki, obejrzeć kilka filmów i odespać zarwane w Barcelonie noce. Kilka razy zdarzyło nam się jeszcze z Wisem porozmawiać. W trakcie jednej z rozmów usłyszałam „Ty jeszcze tego nie wiesz, ale kiedyś będziesz moją żoną”. W co ja się wpakowałam? Sama podłożyłam się jakiemuś psychopacie. Już na samym początku lotu zapytałam go czy nie pomógłby mi trafić do domu rodziny, u której się mam na kilka dni zatrzymać. Przyznałam, że jestem sama i bezradna, bez większej wiedzy o mieście, a adres domu mam na laptopie… Świetnie. Porwie, okradnie, nie wiadomo co jeszcze… Tak się zakończy moja wielka przygoda! A ludzie mnie ostrzegali. „Nie jedź sama, pojeździj sobie po Europie, bezpieczniej jest. Niż tam. W tej Ameryce.” Trzeba było ich posłuchać…

Zbliżaliśmy się do celu. Ponieważ był już wieczór, w okienkach samolotu ukazał się ocean światełek. Drogi niczym małe wstążeczki oplatały ich większe skupiska. Ta grupa kilkudziesięciu budynków to pewnie centrum. A nie… może tam jest centrum… Albo tam…? Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Miasto po horyzont. Nawet patrząc na nie z lotu ptaka, nie widać końca zabudowań. Jak ja się tu odnajdę? Obym tylko znalazła drogę do mojego nowego domu…

Wspominałam, że bałam się kontroli na lotnisku? Wiecie jaka była reakcja pierwszego brazylijskiego służbisty, który dorwał mój paszport? Tu posłużę się cytatem „Polska??? Dzień dobryyyy!”
To byłoby na tyle moich obaw. Każda kolejna kontrola, czy to dokumentów, czy bagażu polegała na odwzajemnianiu uśmiechu. Mój kolega „psychopata” nie miał tyle szczęścia. Z racji jego pochodzenia został doszczętnie przetrzepany. Poczekałam na niego. W końcu „lepszy znany wróg niż nieznany” (Stephen King).

Poszliśmy wypłacić pieniądze, które potrzebowałam na bilety autobusowe i ewentualnie na taksówkę, gdybym się zgubiła. No a poza tym, jakby Wis miałby mnie faktycznie okraść to do laptopa dołożę też trochę kasy, może wtedy mnie zostawi w spokoju. Wsiedliśmy w autobus, potem w metro. Przesiadka z linii czerwonej na linię żółtą. Wszystko działo się bardzo szybko i wydawało mi się skomplikowane. Jak ci ludzie się tu odnajdują? I przy okazji nie tratują się wzajemnie? W końcu nastąpił moment, w którym nasze drogi z Wisem się rozdzielały. Zadzwonił jeszcze ze swojego telefonu do mojej servasowej gospodyni, aby mieć pewność, że będę miała tej nocy dach nad głową. Odebrał młody chłopak. Syn? A może inny podróżnik? W każdym razie mówił po angielsku. Wytłumaczył mi dalszą drogę metrem. Dalej miałam wziąć taksówkę. Podziękowałam mojemu oswojonemu i przemiłemu „psychopacie” i każde z nas poszło w swoją stronę.

Wysiadając z metra zapytałam się grupki młodzieży o postój taksówek. Jeden chłopak po prostu zamachał na nadjeżdżające białe, oznakowane auto, które momentalnie się przy nas zatrzymało. Ponieważ taksówkarz nie znał ani słowa po angielsku poprosiłam również o zadanie pytania, czy gotówka jaką dysponuje jest wystarczająca i czy wie gdzie znajduje się dany adres. Taksówkarz potwierdził. Cecil, a właściwie chłopak, z którym rozmawiałam przez telefon mówił, coś o kwocie 50 reali (możemy przyjąć, że 1 real to mniej więcej 1 zł) i 10-cio minutowej drodze samochodem. Tymczasem jechaliśmy już ponad pół godziny, a licznik pokazywał kwotę przekraczającą 100 reali. Próbowałam podpytać kierowcy czy wie gdzie jedziemy. Kilkakrotnie ustawiał wskazany przeze mnie, zapisany na karteczce, adres w nawigacji. Niestety sytuacja nie poprawiła się po kolejnych 30 minutach. Dałam mu więc numer do Cecil i poprosiłam, żeby do niej zadzwonił. Zrobiłam to oczywiście na migi, bo słowa wprowadzały tylko zbędne zamieszanie. W telefonie usłyszałam rozwścieczony kobiecy głos. Mężczyzna zamilkł i powiedział coś co zdawało się być „tak, proszę pani”. Zawrócił i jechał kolejne 40 minut. Po drodze pytał o adres kilku przechodniów i obsługę na stacji benzynowej. Czasem coś do mnie mówił i wydaje mi się, że się trochę tłumaczył, a trochę przepraszał. Kiedy dotarliśmy na miejsce, byłam już pewna, że mój kurs nie był zaplanowanym porwaniem, a zwykłym roztrzepaniem kierowcy czy nieznajomością wielkiego miasta. Mężczyzna nie był zaskoczony, że zamiast ponad 300 reali dostał tylko 80, gdyż od początku mówiłam mu, że tylko taką gotówką dysponuję. Podziękowałam i wyszłam, a on jeszcze raz przeprosił.

Drzwi otworzyła mi cudowna, ciepła i niezwykle opanowana kobieta w średnim wieku, o ciemnych oczach, włosach i śniadej skórze. Mówiła tylko po portugalsku. To by tłumaczyło jej śmieszną angielską składnią w mailach. Wujek Google nie jest nieomylny. Cecil ucałowała mnie w policzek i uściskała. Następnie przedstawiła mi swojego męża. Fabian jest wysokim i potężnym mężczyzną o jasnej skórze, białych włosach i brodzie. Mówi po angielsku. Cecil zaprowadziła mnie do mojego pokoju. Po tych wszystkich wrażeniach nie miałam siły na rozglądanie się na boki. Dostrzegłam wielkie łóżko, świeży ręcznik i prywatną łazienkę. Jestem uratowana pomyślałam. Przynosząc mi dzbanek wody, Fabian oficjalnie mnie przywitał, kazał czuć się jak u siebie i mówić jakbym czegokolwiek potrzebowała. Poinformował, że idą już z Cecil spać. Co wydawało się być dość oczywiste patrząc na fakt, że gospodarze powitali mnie w piżamach oraz że jest przed pierwszą w nocy.

– Chyba jestem w niebie. – Myślałam zasypiając, po gorącej kąpieli.

You Might Also Like