BARCELONA (cz. II)

Miasto Rozpusty

Pierwszego dnia w Barcelonie, Antonio, u którego mieszkałam zabrał mnie na obiad w wyjątkowe miejsce. W drodze do restauracji wytłumaczył mi, że jest ona prowadzona przez wielopokoleniową rodzinę. Niektóre przepisy są autorstwa prababci, która już niestety nie żyje. Uprzedził również, że miejsce to może być zamknięte, ponieważ żadne reguły w tej kwestii nie obowiązują. Będzie przygoda – pomyślałam. I się nie pomyliłam.
Z zewnątrz nic nie wskazywało, że w środku można zjeść. Nie mówiąc już o dobrym jedzeniu…
Stara odrapana kamienica, żadnego szyldu.

La Cova Fumada

Miejsce to, ma jednak swoją nazwę – La Cova Fumada, czyli zadymiona jaskinia. I okazało się być dobrze znane nie tylko lokalnym mieszkańcom. W środku było bardzo dużo ludzi, a pomieszczenie było bardzo małe. Po prawej stronie otwarta kuchnia, po lewej lada. Na niej gotowe przykładowe tapas i surowe owoce morza. Na ścianie kredowa tablica z menu. W powietrzu zapach smażonej ryby. Panował zgiełk. Pomimo tego, że stałam obok Antonia, nie słyszałam co do mnie mówi. Ponieważ stołów było tylko kilka, większość ludzi jadła stojąc przy ladzie, albo dokładnie na środku pomieszczenia. Pomiędzy tym tłumem próbowali przecisnąć się kelnerzy z gorącymi daniami. Po tym jak mój przewodnik przywitał się z cała obsługą, dostaliśmy stolik, a właściwie dwa krzesła przy stoliku. Obok nas usiadła starsza para. Antonio zamówił kilka dań, żeby wszystkiego mogła spróbować.
Jedzenie było… przepyszne!
Prawdziwą bombą była La Bomba, czyli dobrze doprawniona ziemniaczana kulka z mięsem smażona w głębokim tłuszczu w panierce, podawana z sosem czosnkowym i pomidorowym. Przystawkę tą wymyśliła właśnie nieżyjąca prababcia. Inne restauracje przechwyciły ten przepis, nie znając dokładnego procesu przygotowania. Więc najlepsza bomba tylko w La Cova Fumada. Poza tym jedliśmy małże, fasolę z rybą w sosie pomidorowym, grilowaną kalmarę i smażone grzyby. Piliśmy domowe białe wino. Wszystko było wyśmienite, a w większości potraw czułam mój ukochany czosnek.

 

Niepozorna klitka okazała się miejscem z duszą i sercem. Każdy czuł się tak jak u siebie, w domu. Starsi państwo, siedzący obok nas, zaczęli z nami rozmawiać. Początkowo wymieniliśmy tylko poglądy co do jedzenia, ale za chwilę rozmowa zeszła na temat starych zdjęć wiszących na ścianach. Barcelona sprzed czasów Letniej Olimpiady w 1992 roku, której to była gospodarzem. Staruszek dobrze pamięta te czasy. Przy stoliku obok siedziało 5 mężczyzn, również w podeszłym wieku. Grali w grę planszową i pili Carajillo, czyli kawę przyżądzaną z odrobina alkoholu (z brandy, whisky lub rumem). To zapewne ich codzienny rytuał.
Dobre jedzenie, wspaniała atmosfera, czyż mogło być lepiej? Mogło. I było.
Nagle do „jaskini”, drugim wejściem wtargnęło trzech muzyków z gitarą. Zagłuszyli rwetes, teraz nie słyszałam już nawet własnych myśli, ale przynajmniej było śmiesznie. Ludzie spiewali i klaskali do katalońskiego stylu szarpania strun. Po koncercie grajkowie zaśpiewali jeszcze sto lat jednemu z obecnych właścicieli lokalu, zebrali drobne i wyszli.


Jeżeli będziesz w Barcelonie, to wysil się i znajdź to miejsce, bo na prawdę warto. Dla smaku, dla klimatu, a to wszystko za niewielką cenę.

 

Kolejnym magicznym miejscem, w jakie miałam przyjemność zawitać była La Boqueria (Mercat de Sant Josep de la Boqueria), czyli najstarsze (1217 r.) i największe targowisko w Barcelonie. Bladym świtem przyciąga lokalnych restauratorów i gospodynie domu, a w ciągu dnia tłumy turystów. Znajdziesz tu wszystko. Świeże ryby i owoce morza, większość z nich się jeszcze rusza, mięsa i wędliny, dosłownie ze wszystkich części zwierząt, sery, owoce i warzywa, całe, obrane, pokrojone lub w postaci soku czy przetworu, przyprawy z całego świata, bakalie zwykłe, prażone, oblane setkom różnych czekolad, ciastka, babeczki, praliny i czekolady oraz wiele, wiele innych. Gdybym wstawiła tu setkę zdjęć, to i tak nie oddadzą one mieszających się ze sobą przeróżnych zapachów: ryb, serów, owoców, ani gwaru jaki tu panuje. Trzeba to samemu przeżyć. Usiąść na chwilę, zjeść coś i napić się dobrego wina. Na targowisku La Boqueria. W Barcelonie.

mercado, market

La Boqueria

Hiszpanie uwielbiają jeść. Dobrze wiedzą o tym właściciele sklepów, kusząc mieszkańców Barcelony apetycznymi witrynami swoich lokali. Mnie też skusili…

Co jeszcze lubią Hiszpanie? Imprezować!
Dzięki uprzejmości mojej koleżanki, której sercę skradł jeden Katalończyk, zostałam wkręcona na domóweczkę ich znajomego, w miejscowości Mataró, położonej również nad morzem, 35 km na północ od Barcelony.
Przyjechaliśmy autobusem, punktualnie na godzinę 21 i byliśmy jednymi z piewszych gości. Poza chłopakiem z Finlandii, z wymiany studenckiej, który jeszcze nie załapał hiszpańskiego poczucia czasu i tutejszych zwyczajów. Właściwa impreza zaczęła się dopiero po 23. Stół zapełnił się mnóstwem jednorazowych talerzyków, na których było kilka rodzajów szynki, kiełbasy i sera. Do tego pomidory i chrupiące pieczywo prosto z piekarnika. Oliwa z oliwek, miska z lodem i garnek margherity. Każdy chwycił za pajdę ciepłego chlebka, wziął połówkę pomidora, wysmarował nim chropowatą strukturę pieczywa. Na to oliwa i dowolnie dobrane składniki. Plastikowe kubeczki wypełnione do połowy lodem cudownie pachniały limonką z drinka.

Tequila szybko uderzała do głowy. Około godziny 2 w nocy zdecydowaliśmy iść do klubu. Tzn najpierw do pubu na drinka, a potem gdzieś indziej potańczyć. Przecież nie można tak od razu… Wylądowaliśmy zatem w miłym lokalu przy długim drewnioanym stole z nowymi, kolorowymi napojami.
Czas minął tak szybko, że zanim się obejrzałam wychodziliśmy o 5 nad ranem z klubu. A ludzie nadal wchodzili… Po prostu musieli mieć więcej czasu na podjęcie decyzji, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem…
My natomiast poszliśmy prosto na pociąg, którym wróciliśmy do Barcelony. W mieszkaniu byłam przed godziną 8, a ponieważ miałam tylko 9 godzin do samolotu do Casablanci, postanowiłam pożegnać się z morzem i miastem, zamiast tracić czas na odsypianie nocy.

You Might Also Like