São Paulo, czyli pierwszy dzień w Brazylii

Wstałam około 9. Cieszyłam się, że jestem już w Brazylii. Bezpieczna. Ale z drugiej strony bałam się wyjść z mojego nowego pokoju. Dziwnie tak mieszkać z obcymi ludźmi pod jednym dachem. Podróżując sama zawsze korzystam z couchsurfingu, więc niby to uczucie nie powinno mi być obce, ale umówmy się, z tego portalu korzystają głównie ludzie młodzi, przyzwyczajeni do współdzielnia mieszkania z obcymi, chociażby z powodów oszczędności, w czasie lat studenckich. Tym razem korzystałam ze stowarzyszenia Servas Polska, do którego zapisałam się przed wyjazdem. Wydawało mi się to trochę bezpieczniejsze niż dotychczasowa forma podróżowania. Pierwszą barierą jaka odstrasza ludzi, którzy mogą w nieodpowiedni sposób korzystać z udostępniania swojej przysłowiowej kanapy, bądź korzystając z czyjejś, to realny kontakt z członkami stowarzyszenia. Od członków właśnie otrzymujemy dokumenty, które trzeba wypełnić. Uzupełniamy kartę członkowską o takie dane jak numer paszportu, dowodu, adres zamieszkania, a także dostarczamy dwa zdjęcia. Wszystkie informacje sprawdzane są z oryginalnymi dokumentami. Kolejnym warunkiem jaki trzeba spełnić jest roczna opłata członkowska w wysokości 80 lub 100 zł, w zależności od tego, czy oferujemy swoje mieszkanie, czy tylko zamierzamy korzystać z czyjejś gościnności. Następnie planując podróż informujemy członków wyższych stażem, do jakiego kraju się wybieramy i otrzymujemy pełną listę adresów, która nigdzie nie jest publikowana. Z tych powodów zrezygnowałam z szukania noclegu i nowych znajomych za pośrednictwem portalu couchsurfing.com. Z wielu slajdowisk i spotkań z podróżnikami wiem, że Servas jest bardzo popularny za granicą, szczególnie w Ameryce. Gospodarzami są głównie dojrzali ludzi, którzy po odchowaniu dzieci lub na emeryturze szukają towarzystwa a wolny czas pozwala im na oprowadzenie gości po rodzinnym mieście albo długie wykłady o kulturze. I tak właśnie trafiłam tutaj, do domu Cecyli. Nie wiem czy mieszka tylko z Fabiem, czy może mają dzieci. Poza tym wczoraj wieczorem zorientowałam się, że moja gospodyni nie mówi po angielsku. To wszystko wprowadzało mnie w lekkie zakłopotanie.

Otworzyłam duże drewniane drzwi od pokoju, naciskając zdobioną, mosiężną klamkę. Stawiając delikatnie stopy na kamiennej posadzce w przedpokoju udawałam się w stronę światła i większej przestrzeni. Wtem wyrosła przede mną, jakby spod ziemi, Cecylia.
– Bom dia Joanna! Tudo bem? – No i mam szybką naukę portugalskiego… Zaskoczona, nie odróżniałam słów, które do mnie powiedziała. Ale jej głos bym ciepły, a intonacja od razu sugerowała powitanie i troskę zarazem. Uśmiechnęłam się, a ona, na moje nieszczęście, kontynuowała…
Mówiła cały czas, nie przejmując się brakiem jakiejkolwiek odpowiedzi, pokazując mi jednocześnie kuchnie, a dokładniej lodówkę, poukładane w niej produkty, a w końcu zaprowadziła mnie do pokoju dziennego.
W części jadalnej stał nakryty stół. Po okruchach widać było, że jadły tu już co najmniej trzy osoby.

Pierwsze śniadanie w São Paulo

Cecylia pokazała mi pieczywo, masło, serek do smarowania w kubeczku, szynkę, kawę, mleko i cukier. Zazwyczaj staram się nie nadużywać gościnności i kupuję sobie sama jedzenie, ale byłam głodna jak wilk i jeszcze nie wiedziałam czy są w okolicy jakieś sklepy. Usiadłam więc i zaczęłam jeść.

Dom Cecylii

Rozglądałam się dookoła. Cały dom urządzony jest w stylu kolonialnym. Duże przestrzenie, drewniane podłogi i belki, kredensy, ława z fotelami, skórzana kanapa. Dużo książek, obrazków, świeczników i suszone kwiaty w wazonie. Niby zimno, ale przytulnie.
Do południa dowiedziałam się, że Cecylia i Fabio są dziennikarzami naukowymi, a ich biuro znajduje się w budynku za domem. Dzięki temu nie ma problemu z kluczami, mogę wychodzić i przychodzić kiedy chcę, bo oni zawsze są na miejscu. Mają trójkę dzieci. Najstarszy jest Antonio, potocznie nazywany Tonico. Środkowa, córka Dora, studiuje w Campinas, więc rodziców odwiedza tylko w weekendy. W końcu Paulo, moja ostoja, gdyż mówi po angielsku i kiedy nie ma w pobliżu Fabia, on jest moim tłumaczem w rozmowach z Cecylią. Jako najmłodszy jest również oczkiem w głowie swojej mamy. W domu mieszka również Pedro, kuzyn dzieciaków, który zaczął pracę w São Paulo i jako młodzieńca nie stać go jeszcze na samodzielne mieszkanie w nietanim São Paulo. Całą rodzinę dopełniają dwa wielkie psy, prawdopodobnie rasy rhodesian ridgeback, które jak właścicielka, mają łagodne usposobienie.

Pora wyruszyć na miasto! Cecylia dała mi mapę, na które napisała mi dokładny adres. Pokazała najbliższą stację metra oraz przystanek autobusowy. Kiedy zapytałam o bankomat stwierdziła, że podrzuci mnie tam autem. Jak na złość to były godziny szczytu. Z resztą w São Paulo są same godziny szczytu… Stojąc 40 min w korkach, na odcinku około 1 km,  Cecylia opowiedziała mi cała historię swojej rodziny, zaczynając od faktu, że dzieli nazwisko z pierwszym brazylijskim świętym oraz historię okolicy jej domu. Z melodii jej słów domyślałam się kiedy powinnam przytaknąć, zdziwić się lub spuścić wzrok pogrążając się w smutku. Zainteresowała mnie tymi opowieściami, chociaż nie miałam pojęcia o czym do mnie mówi. Powinnam nagrywać ją na dyktafon i poprosić później kogoś o tłumaczenie.
W końcu jednak dotarłyśmy do banku. Zaczęłam wchodzić do budynku obrotowymi drzwiami, ale niestety zostałam cofnięta przez ochronę. Na samym wejściu była bramka wykrywająca metalowe i elektroniczne przedmioty. Miałam kilka takich w torebce. Musiałam więc oddać ją Cecylii. Ciekawe jak miałabym wypłacić pieniądze, gdybym była sama…

Wychodząc z auta przy stacji metra moja brazylijska mama powtarzała w kółko, że mam być muito cuidado (bardzo ostrożna), ponieważ wyglądam jak typowa gringa (obcokrajowiec). Rękoma pokazywała jak mam nosić torebkę, aparat i telefon. Biorąc do serca jej porady ruszyłam przed siebie.

Była to końcowa stacja żółtej linii metra. Kupiłam więc bilet i pojechałam na przeciwległy jej koniec – stację Luz. Z mapy wynikało, że to najdalszy punkt wart zwiedzania. Miałam w planie spacer w obrębie czterech stacji metra, pomiędzy którymi było wiele miejsc wartych obejrzenia.

Plan zwiedzania

Kiedy wyszłam z podziemi zamurowało. Okolica ta bardzo różniła się od miejsca, w którym mieszkałam. Na chodniku sterty śmieci, między nimi leżący ludzi.
– Czy na pewno wysiadłam na stacji w centrum? – Zaczęłam wątpić…
Postanowiłam jak najszybciej oddalić się z tego miejsca, ale w którą stronę? Nie mogłam przecież otworzyć tu mapy. Wtedy wyglądałabym jak zagubiona turystka, a tak wyglądać nie można. Zrobiłam więc dobrą minę do złej gry i pewnym krokiem ruszyłam przed siebie. Robiło mi się słabo za każdym razem, kiedy przechodziłam bliżej rozkładających się w upale odpadów. Bezdomni na każdym kroku. Ale najgorsze było jeszcze przede mną. Na rogu był sklep mięsny. Bez drzwi, szyb i zupełnie otwarty na ulicę. Lodówki, w których leżało mięso prawdopodobnie nie działały. Nigdy nie czułam tak odrażającego zapachu nieświeżego mięsa i krwi. Ekspedientka jadła loda rozmawiając z przechodniami, którzy zatrzymali się w tym stojącym, gęstym powietrzu… To chyba brzydziło mnie najbardziej. Przyspieszyłam kroku. Byle daleko stąd…

Stacja kolejowa Estação da Luz

Przeszłam przez ładnie wyglądającą z zewnątrz stację kolejową Estação da Luz i moim oczom ukazał się zielony Parque da Luz, niedaleko którego wznosił się budynek Pinacoteca do Estado de São Paulo.

Parque da Luz

Czy w zaciszu egzotycznej zieleni znalazłam wewnętrzny spokój? Nic z tego. Poza mną było tam kilku ludzi. Wszyscy wydawali mi się podejrzani. Jak niby mam tu wyciągnąć aparat i zrobić zdjęcia? Przecież zaraz ktoś mnie okradnie. Pierwszego dnia w Brazylii. Pięknie… W co ja się wpakowałam…?!

Parque da Luz

Z czasem jednak pozbyłam się tej paniki i zamiast spoglądać na otoczenie przez pryzmat opowieści o porwaniach, gwałtach i morderstwach zaczęłam sama oceniać sytuację. Z każdym kilometrem, chętnie odwzajemniany przez przechodniów, uśmiech powracał mi na twarz, krok był coraz luźniejszy, a aparat prawie cały czas trzymałam w dłoni. Mapę wyjmowałam rzadko, w bezpiecznych i zatłoczonych miejscach i zapamiętywałam nazwy oraz układy ulic, żeby co chwila na nią nie spoglądać.

Im bardziej kierowałam się na południe tym tłoczniejsze stawały się ulice. W końcu trafiłam na typowo komercyjne deptaki. Po obu stronach sklepy z biżuterią, butami, odzieżą, chińskimi ozdobami świątecznymi. Z każdego z nich płynie inna muzyka. Od niegrzecznego w tekście funky, przez pop, po kolędy. Na to wszystko nakładają się nawoływania sprzedawców, a najgłośniejsi są ci, sprzedający zimną wodę z przenośnych zamrażarek. Może ciężko to sobie wyobrazić, ale dziś, w grudniu, jest tu ok 35 stopni. Niby nie ma słońca, ale jest parno i duszno. Gdyby obwoźni handlarze nie krzyczeli tak głośno, to przy takiej temperaturze água (woda) bardzo szybko przestanie być gelada (zimna). W takich okolicznościach ciężko o świąteczną atmosferę. Często sklepy opłacają sprzedawcę-wodzireja, który przez mikrofon zachwala towar, robi wywiady z ekspedientami (a ile kosztuje ta koszulka? Tak tanio???) albo przeprowadza konkursy (kto szybciej kupi tyle i tyle danych produktów, ten dostanie lizaka). Nie muszę tu chyba wspominać o tym, że taki gość obowiązkowo posiada grubą czapkę świętego Mikołaja i wyszukane poczucie humoru… Wszystkiemu przygląda się profesjonalna ochrona, obecna w każdym lokalu, a mianowicie pan (w Polsce na pewno miałby na imię Czesiu) siedzący na drabinie i obserwujący z góry, czy żaden z klientów nic nie wynosi zapominając zapłacić w tym świątecznym ferworze.

 

Ulice São Paulo

 

Ulice São Paulo

 

Wesołych Świąt

Nie za bardzo wiedząc gdzie jestem, a czasami kompletnie się gubiąc, wpadłam na wszystkie zaplanowane wcześniej atrakcje. Obejrzałam z zewnątrz Teatro Municipal de São PauloSecretaria da Justiça e da Defesa da Cidadania, czyli Departament Sprawiedliwości i Obrony Obywatelskiej, budynek z XVIII wieku, zwany Solar da Marquesa de Santos, a także neogotycką Katedrę Metropolitalną Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz Marco Zero de São Paulo, który wyznacza geograficzny środek miasta. Nie wiem jak, ale trafiłam również na dworzec autobusowo-kolejowy Pedro II.

Ulice São Paulo

 

Teatro Municipal de São Paulo

 

Catedral Metropolitana de São Paulo

 

Praça da Sé

Panuje tu kompletny bałagan architektoniczny. Styl współczesny i drapacze chmur przeplatają się z pustostanami zamieszkałymi przez bezdomnych oraz z rzadko zachowanymi budynkami kolonialnymi. Z jednej strony São Paulo wydaje się być betonową dżunglą, ale z drugiej zaskakiwały mnie zielone placyki, parczki poupychane w najmniej spodziewanym miejscu. Egzotyczna dla nas roślinność zachwyca na każdym kroku.

Architektura São Paulo

 

Architektura São Paulo

 

Architektura São Paulo

 

Architektura São Paulo

 

Architektura São Paulo

 

Architektura São Paulo

 

Architektura São Paulo

Po ponad sześciogodzinnym oswajaniem się z miastem postanowiłam wracać do domu. Czułam się znacznie pewniej, ale nie na tyle, żeby chodzić po zachodzie słońca.
Wszyscy domownicy czekali na mnie z ciepłą kolacją, po której przy brazylijskim piwie chłopaki grali na gitarze, a my wspólnie śpiewaliśmy i rozmawialiśmy o naszych kulturach.
Pierwszy, pełen wrażeń dzień w Ameryce Południowej, dokładniej w Brazylii, São Paulo, dobiega końca.
Ciekawe co przyniesie jutro…

You Might Also Like

  • Piotr Murmuchamiatow

    Nice! Super zdjęcia 🙂
    Czekamy na więcej!

    • 🙂 Dzięki Piotruś 🙂
      CzekaMY czyli kto? ;P

  • Mariola Mariposa

    Super że jest dużo zdjeć,łatwiej sobie to wszystko wyobrazić-dobra robota! 😀
    Czytając to, od razu przypomniało mi się własne łażenie z mapą po Bangkoku. Takie same obawy miałam, kiedy chcąc dotrzeć do chińskiej dzielnicy trafiłam na uliczki z samymi warsztatami,przed którymi odpoczywali Tajowie podczas przerwy. Na szczęście udało mi sie trafiać tam na samych przyjaznych i uśmiechniętych ludzi 🙂
    Czekam na kolejne wpisy!

    • Hahahaha… Na uliczki z warsztatami samochodowymi też kilka razy trafiłam 😀
      Chyba same się prosimy o kłopoty, albo przynajmniej o przygody 🙂
      Dzięki Mari za dobre słowo, jak zwykle 😉

  • Dorota Wernik

    Bardzo ciekawy początek Twojej przygody. Pozdrawiam z Tajwanu!

  • Piękne zdjęcia, od razu poczułam ten paulistański klimat 🙂

    • Wolę cariocański, ale do tego jeszcze dojdę 😉
      Do Sao Paulo mam sentyment, bo mnie rozdziewiczyło. I to podwójnie – mój pierwszy raz w Brazylii, mój pierwszy raz w całej Ameryce Południowej! 🙂