Ten, kto znalazł się za drzwiami, pokonał najtrudniejszy etap podróży

Ostatnie dwa tygodnie przed moją podróżą były dla mnie totalnie zakręcone.

Przede wszystkim stałam się bezrobotna, o czym już wspomniałam w poprzednim poście. Poza natłokiem pracy, z którym wiąże się odejście z firmy, były też miłe obowiązki: wyjście teamowe na kolacje i do teatru oraz pożegnalne ciasto w biurze.
Nie żałuję, że na pieczenie moich popisowych słodkości (rafaello, snicers i szarlotka) poświęciłam pół nocy. W tym miejscu chciałabym podziękować mojemu Pomocnikowi, który wytrwale mi towarzyszył w nocnym pieczeniu, a rano pomógł mi przetransportować efekt naszej pracy do biura. O pomocy w jedzeniu nie wspomnę.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Poza tym, przed wyjazdem kursowałam pomiędzy Łodzią a Warszawą. Pozdrawiam tu wszystkich użytkowników Blablacar, którzy urozmaicali mi ciekawymi historiami te podróże. Potwierdza się moje szczęście do spotykania bardzo pozytywnych ludzi. Oby ta dobra passa trwała przez całą moją podróż.

Starałam się odwiedzić przed wyjazdem rodzinę i znajomych. Niestety nie ze wszystkimi udało mi się spotkać, ale mam nadzieję, że wiecie jacy jesteście dla mnie ważni.
Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i gesty. Nawet nie wiecie, ile daje mi energii Wasza pozytywna reakcja i akceptacja mojej decyzji o wyjeździe. Nadal dostaję przeogromną liczbę maili, wiadomości, telefonów, za które jestem ogromnie wdzięczna.

 

jedzenie

 

I tak oto, po trzech wizytach w restauracjach, po zjedzeniu 4 domowych, dwudaniowych, obiadów, 2 blach ciasta, po wypiciu 4 litrów kawy i przeżyciu dwóch całonocnych imprez, a wszystko to w przeciągu czterech dni, przyszedł czas na ostateczne zakupy i pakowanie.
Poniedziałek, od samego rana, był dla mnie bardzo pracowity. W pierwszej kolejności pojechałam wykupić niezbędne leki i pozostałe wyposażenie mojej apteczki (tak jak obiecałam, napiszę na ten temat osobny post).
Następnie odwiedziłam sklep sportowy, gdzie zakupiłam kurtkę zimową z odpinaną polarową podszewką, rękawiczki, buty, getry i kilka koszulek. (Dziękuję współpracownikom, za świetny prezent!)
Potem pojechałam do znajomego (Blablacar łączy ludzi), który odsprzedał mi telefon komórkowy, posiadający znacznie bardziej wytrzymałą baterią, niż mój obecny smartfon.
Po drodze do domu wstąpiłam do supermarketu kupić prezenty, przynajmniej dla kilku pierwszych, moich gospodarzy.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Pakowanie. Zawartość mojego bagażu podzieliłam na kilka grup: rzeczy osobiste (dokumenty, soczewki, okulary), ubrania (w tym buty), leki, elektronika (telefony, laptop, ładowarki, power-bank) oraz najbardziej pojemną – inne. Najwięcej problemu przysporzyły mi ubrania. Pierwsze pytanie pomocnicze, jakie sobie zadałam to, co będę robić podczas podróży. Odpowiedź brzmi, głownie chodzić i biegać. Potrzebuję zatem rzeczy wygodnych. Jaka będzie pogoda? Obecnie w Sao Paulo jest ok 40 stopni Celsjusza. W Patagonii od marca zaczyna się zima, na dużych wysokościach np. w Peru czy Boliwii będzie chłodno, a pod koniec mojej podróży może zaskoczyć mnie pora deszczowa… Czyli potrzebuję od kostiumu kąpielowego, przez płaszcz przeciwdeszczowy, aż po kombinezon narciarski… Do tego dochodzą minimum dwie okazje (Boże Narodzenie i Sylwester), na które wypadałoby być również przygotowanym. W pierwszej kolejności wyjęłam wszystkie moje ubrania z szafy, wykluczając koszule, marynarki i eleganckie sukienki. Następnie zweryfikowałam je pod względem wygody, wyglądu i stanu. Tak oto na kanapie zostały 4 kupki poskładanych ubrań. Zadowolona z siebie uznałam, że kawał dobrej roboty jest już za mną. Ponieważ był to poniedziałkowy wieczór, a lot miałam dopiero we wtorek o 16, oddałam się wygłupom z moimi współlokatorami, za którymi już zaczynałam tęsknić. Tej nocy zdążyłam jeszcze ufarbować włosy, zacząć lekcje gry na harmonijce ustnej, nauczyć się obchodzić z rozkładanym nożem, a także zrobić dwa prania. Spałam 2 godziny. Rano zaczął się koszmar. Jako pierwsze do plecaka zapakowałam kurtkę, buty, płaszcz przeciwdeszczowy. Plecak był już prawie pełny. Wpadłam w panikę. Po chwili zebrałam myśli i zaczęłam kombinować. Rozpakowywałam i zapakowywałam rzeczy kilkukrotnie, zmieniając każdorazowo technikę. Płakałam jeszcze ok trzech razy. W efekcie zmniejszyłam liczbę naszykowanych wieczorem rzeczy do 1/3.

Samo wyjście z domu nie było rzewne, gdyż miałam towarzystwo (Dziękuję). Wręcz przeciwnie, stres starałam się zniwelować uśmiechem.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Kolejne kilka godzin minęły mi niepostrzeżenie. Kurs do centrum, tam w ostatniej chwili, Ktoś, na kogo mogę liczyć w kryzysowych sytuacjach, pomógł mi wydrukować kartę pokładową – mój nowy komputer nie chciał współpracować i zaakceptować bar kodu (Nie pierwszy raz mam za co dziękować, MM…).
Pan z serwisu w podziemiach, w ciągu pół godziny, zaczarował mój nowy-stary telefon zdejmując z niego simlocka, a Przyjaciel, który poprzedniej nocy wrócił z zagranicznego wyjazdu znalazł kilka minut na „Cheesa w Złotych” (Cieszę się!) Przemiły Pan Taksówkarz zabrał mnie w końcu na lotnisko. Po drodze podjechaliśmy po kogoś, bez kogo nie wyobrażam sobie wsiąść do samolotu.
„Warszawa płacze, słońce odjeżdża” – nie mogłam się powstrzymać, żeby tego tu nie napisać! 🙂 Dziękuję Piotr, za wszystko.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Podjęłam decyzję i przekroczyłam próg. Zrobiłam tylko tyle. Reszta to ludzie, którzy za mną stoją. Moi Rodzice dzięki, którym jestem, jaka jestem. Moje Rodzeństwo, które zawsze jest blisko. Moja cała Rodzina, na którą zawsze mogę liczyć. Ludzie, których spotykam.
Dzięki Chłopaki, że wytrzymaliście ze mną te dwa miesiące w jednym mieszkaniu. Wiem, że było Wam ciężko, tym bardziej to doceniam.
Dużo zawdzięczam też Ekipie z pracy i szczególnie jednej Osobie z byłego mieszkania. Bez Was wylądowałabym na oddziale zamkniętym 🙂
Ten rok był dla mnie bardzo ważny. Cieszę się, że Cię poznałam i że to wszystko przeżyłam.

W samolocie siedziałam obok wspaniałego Małżeństwa ze Śląska (mam nadzieję, że to przeczytacie – 100 lat!), które poza rozmową umiliło mi drogę whisky i M&Msami 🙂

Kolejną, przemiłą, polską Parę spotkałam w autobusie – trzymam kciuki!

I tak oto dotarłam na Plaza Catalunya. Czekał tam na mnie Antonio. Wyluzowany Hiszpan, którego poznałam w Warszawie na spotkaniach Couchsurferów. Poszliśmy do mieszkania, które znajduje się na starym mieście. Wzięłam prysznic i postanowiliśmy przejść się po mieście. Okazało się, że jedno piwo w Barcelonie kończy się tak samo jak jedno piwo w Łodzi czy Warszawie…

Barcelona mnie pochłonęła. Miasto niespodziewanych obrotów sytuacji i nieustannego brak planu, albo może raczej planu, który zakłada, że wydarzyć może się wszystko. Słońce, jedzenie i przemili ludzie. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego początku podróży. Nadal się tym wszystkim zachłystuję, więc musicie być cierpliwi…

You Might Also Like

  • Godzilka

    Asia,
    Po Twoim wyjezdzie w Łodzi też zabrakło słońca ! Oby każdy dzień Twojej podróży był niezwykły. I obyś się ta niezwykłością z nami dzieliła 🙂 Uważaj na siebie ! I wrzucaj masę zdjęć 🙂

  • Piotr

    Wcale nie było tak ciężko Asiu, pokój wydaje sie teraz tak duży jak sala gimnastyczna w święta…przestrzenny i pusty…;)

    Warszawa dalej płacze, jednak cieszy się, że rybka wylądowała we własnej wodzie.
    (trochę niefortunnie dobrane słowa jeżeli weźmiemy pod uwagę loty samolotem) :p

    • admin

      Hahahaha 🙂 Jak powiększyć sobie mieszkanie? Kupić słonia i sprzedać słonia, od razu robi się miejsce 😉 Buziaki!